Polskie zawodniczki bardziej myślą o tym, jak wyjechać zagranicę niż wrócić - Arkadiusz Rusin

Dodano: 28.12.2025, 08:40


W 2017 roku razem ze Ślęzą Wrocław zdobył mistrzostwo Polski, a w 2017, 2024 i 2025 roku wybrany został najlepszym trenerem Orlen Basket Liga Kobiet. Był także głównym trenerem reprezentacji Polski oraz razem z Jeleną Skerović poprowadził Czarnogórę do 8. miejsca na EuroBasket Women w 2023 roku. Co do powiedzenia na temat polskiej koszykówki ma Arkadiusz Rusin?




Trenerze, trzecie miejsce i tylko trzy porażki w pierwszej fazie sezonu zasadniczego, można uznać za sukces?

- I tak i nie. Na pewno boli porażka z zespołem z Sosnowca. Myślę, że teraz po tych doświadczeniach jakie mamy po funkcjonowaniu w EuroCup Women i OBLK, podszedłbym trochę inaczej do przygotowań do tego meczu. W meczu z Gorzowem Wlkp., również nie dużo zabrakło do zwycięstwa. A o porażce w Lublinie, nie będę nic mówił.

Okej. Jednak z Zagłębiem nie szło od początku?

- Czy ja wiem, czy od początku nie szło. Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwy mecz. Nie zagraliśmy tego meczu w naszym stylu, gdyż wdaliśmy się w bieganinę i w taką koszykówkę mocno chaotyczną. Dużo głupich błędów, dużo strat. Tydzień poprzedzający ten mecz, kosztował nas dużo sił. Całe to spotkanie nie wyglądało tak jak powinno, źle weszliśmy w niego. Do przerwy powinniśmy prowadzić różnica 12-14 punktów i myślę, że to było jak najbardziej realne. Niestety tak się nie stało, a po przerwie obraz gry nie uległ zmianie.

Liga to jedno, a dwa to EuroCup Women. Rywalizację zakończył zespół z Madrytu, który jest na ostatnim miejscu w lidze hiszpańskiej. Jednak nie ma co porównywać jakości obu lig, a tym bardziej zawodniczek tam grających?

- Estudiantes mimo zmiany trenera i polepszeniu gry, nie jest topowym zespołem w Hiszpanii. W pierwszym meczu z nimi, już po kilku minutach musieliśmy zweryfikować nasze plany i wycofać się z pewnych założeń. Zespoły w Hiszpanii zupełnie inaczej funkcjonują i mają inny przepis, który pozwala im nie podawać piłki do sędziego i wyprowadzać ją bezpośrednio. Te zespoły nauczone są grania otwartej koszykówki, tak jak i powrotu do niezorganizowanej obrony. My w tych dwóch meczach popełniliśmy dużo szkolnych błędów. Drugą sprawą jest tutaj to, że Estudiantes i nasz grupowy rywal z Lille pokazały nam czym jest fizyczność. Nie jesteśmy w stanie rywalizować z tymi zespołami, przy tak budowanych składach. Ja rozumiem wszystkie przepisy o polskich zawodniczkach, które pozwalają im funkcjonować w polskich klubach i rywalizować. Jednak dla drużyn chcących rywalizować w europejskich pucharach jest to tylko przeszkoda. Ciężko tak zbudować drużynę, żeby weszła do najlepszej „ósemki” w EuroCup Women.

Ślęza sezon gra bez nominalnej środkowej, co przeszkadza w grze z zespołami wyżej notowanymi?

- Zgadza się i tutaj mogę się przyznać do błędu, gdyż szukaliśmy długo zawodniczki zagranicznej z paszportem aby mogła grać tylko w EuroCup Women. To jednak jest problem. Zawodniczki europejskie, które mogą o cos grać nie przyjdą do klubu i nie będą funkcjonować tylko w jednym meczu pucharowym na tydzień. One szukają takich lig, gdzie będą mogły podnosić swoje umiejętności przynajmniej dwa/trzy razy w tygodniu. My postawiliśmy na Oceane Hamilton, co było błędem z mojej strony i tutaj nie mogę obwiniać nikogo innego za ten ruch niż tylko siebie.

Trudno buduje się skład drużyny, jeśli trzeba się trzymać m.in. dwóch przepisów o polskich koszykarkach?

- Kontynuujmy. Jeżeli moglibyśmy podpisać kontrakt z zawodniczką zagraniczną, która by mogła grać w polskiej lidze i w pucharach to te wybory byłyby zupełnie inne. Jeśli natomiast jesteśmy ograniczeni do czterech zawodniczek zagranicznych, a kolejna może być tylko na jeden mecz w tygodniu… to nigdy nie ściągniemy kogoś kto jest dobry, bądź chce się rozwijać. Bo kto chce się rozwijać przy takim systemie? Te przepisy jakie są może nie całkowicie dyskwalifikują, ale mocno ograniczają polskie drużyny na arenie międzynarodowej.

A przepis o młodzieżowcu można uznać za udany?

- Od paru lat w Polsce rozmawiamy tylko o przepisach, które coś dają lub nie. Albo o tym co zabrały jednym, a drugim nie. Jak byłem trenerem kadry Polski, to dużo przepisów od tamtego czasu się pozmieniało. I co to dało. Jesteśmy w tym samym punkcie wyjścia, co wtedy. Nie możemy awansować na EuroBasket. Co z tego, że były okresy dobrej gry reprezentacji? Fajnie, że były. Tylko co to dało. Kiedy razem z trenerem Krzysztofem Szewczykiem prowadziliśmy zespół narodowy, to nie mieliśmy Stephanie Mavungi. Posiadanie takiej zawodniczki, jest bardzo dużym plusem dla drużyny. Też zabiegaliśmy o naturalizacje zawodniczki wysokiej, co dużo by pomogło. Tylko naturalizacja to jedno, a przepisy to zupełnie co innego. Zdecydujmy się w polskiej lidze na coś, gdyż ciągłe w niej mieszanie nic dobrego nie daje i nie da. Super, że jest obecnie dwanaście zespołów, a jakieś kolejne również by chciały być w ekstraklasie. Tylko podstawowe pytanie brzmi tutaj – skąd mamy brać zawodniczki, żeby ta liga pozwoliła sobie na zatrudnienie blisko osiemdziesięciu polskich koszykarek przy załóżmy czternastu drużynach w przyszłym sezonie. Do tego na każdy zespół powinno przypadać po trzy młodzieżowe zawodniczki, tylko skąd mamy je brać? Aby poziom był adekwatny do tego, co chcemy zaprezentować lidze. Nie jestem też jakimś oportunistą, który nie ogląda Mistrzostw Polski w kategoriach młodzieżowych. Nie jestem też osobą, która nie śledzi rozgrywek ligi rezerw. I śmiało mogę powiedzieć, że tam nie ma potencjału do tego, abyśmy znaleźli minimum dwadzieścia zawodniczek grających na odpowiednim dobrym poziomie. Więc skąd zespoły mają je brać? Jeśli zostaniemy przy tych przepisach, to za chwilę będzie „walka plemion” kto da więcej i komu, aby dana zawodniczka przyszła do danego klubu. To nie jest rozwój. Rozwój jest wtedy, kiedy zawodniczka walczy o swoje, a nie wtedy kiedy kluby walczą o zawodniczkę.

Więc czym jest liga rezerw?

- Jest dobrym pomysłem, ale stworzonym w chaotycznych warunkach. Nie było do tego przesłanek. Kilka lat temu razem z trenerem Krzysztofem Szewczykiem rozmawialiśmy z Polskim Związkiem Koszykówki, było to jak się okazało pod koniec naszej pracy z kadrą. Mieliśmy wtedy pomysły, które być może by pomogły w rozwoju. Liga rezerw miała być projektem kończącym rozwój akademii, czyli musiałby to być projekt długofalowy. My wtedy zakładaliśmy, że będzie to okres około 5 lat. Połowa klubów wówczas w ekstraklasie była gotowa zaangażować się w ten projekt, co było zresztą widoczne w rozgrywkach pierwszej ligi. Funkcjonowały zawsze takie ośrodki, jak Poznań, Gorzów Wlkp., Gdynia i była też z przerwami ale była Ślęza Wrocław i chciał to mieć także AZS UMCS Lublin. Myślę, że było wtedy tylko kwestią czasu, aby namówić pozostałe kluby do większej inwestycji w akademię koszykówki. A to później, pozwalałoby na normalne funkcjonowanie ligi rezerw. A teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, czy liga rezerw spełnia obecnie to jakie pokładamy w niej nadzieje? Absolutnie nie, moim zdaniem. Poziom z sezonu na sezon jest gorszy,  a nie tak powinno to wyglądać. Jednak nie można obwiniać za to klubów, gdyż one nie są na to przygotowane. Bez tego przygotowania nie ma możliwości, aby liga rezerw była dobrym produktem.

Z kim były te rozmowy prowadzone?

- Było to podczas rozmów o ewentualnej kontynuacji przez nas pracy przy kadrze narodowej, jak i o dalszej współpracy z Polskim Związkiem Koszykówki. A osobą z jaką rozmawialiśmy, była Pani Olga Kijewska. Zaproponowany przez nas projekt miał trafić na biurko do Prezesa Polskiego Związku Koszykówki, jednak tak się nie stało. Czy była zgoda na to, aby taki projekt trafił na to biurko? Nie wiem. Być może nie było już wtedy przestrzeni do pracy Polskiego Związku Koszykówki z nami, gdyż nie wprowadziliśmy zespołu na EuroBasket.

OBLK jest w dalszym ciągu jedną z najsilniejszych lig w Europie, jednak z każdym kolejnym sezonem moim zdaniem jej poziom idzie w dół. Jedno to wspomniany przepis, a dwa to ilość drużyn. Więcej drużyn, nie poprawi poziomu jeśli nie ma kim grać na odpowiednim poziomie?

- Jeżeli zostaniemy przy tych samych przepisach, to nie mamy przestrzeni aby zatrudniać zawodniczek. Matematyka jest w tym wypadku prosta. Jeśli 14 drużyn zatrudni po cztery zawodniczki zagraniczne, to będzie ich łącznie 56. Do tego cały czas trzeba będzie mieć akompaniament polskich zawodniczek, tylko skąd? Chyba, że nagle wszystkie polskie koszykarki postanowią wrócić z wojaży zagranicznych. Trochę orientuję się na rynku, gdzie tendencja jest zupełnie odwrotna. Polskie zawodniczki bardziej myślą o tym, jak wyjechać zagranicę niż wrócić.

A może trzeba stworzyć ligę na 20 drużyn i dwie konferencje?

- A po co? Kto tam będzie grał?

Nie wiem po co. Jednak skoro robi się inne rzeczy, które nic nie dają, to taka liga też nie zaszkodzi?

- Możemy zrobić i trzy konferencje po dziesięć zespołów, tylko zdajmy sobie w końcu sprawę ile mamy polskich koszykarek do dyspozycji. Tak wiem, wszyscy będą mówili – dajmy szansę młodym zawodniczkom. Tylko tutaj nawet zawodniczki z ligi rezerw, które się wyróżniają nie są gotowe do tego żeby funkcjonować na dobrym poziomie w polskiej lidze. Myślę, że 12 lub 14 drużyn jest na chwilę obecną optymalną ilością. A szukanie większej liczby niż 14 drużyn spowoduje chyba tylko to, aby przy braku zawodniczek zespoły zabijały się o jedną czy drugą. To spowoduje tylko taką sytuację, że będą miały możliwość tylko i wyłącznie rywalizacji o jeszcze większe kontrakty. Im więcej drużyn, przy tych przepisach to będą tworzyły się takie sytuacje związane z zarobkami. Zawodniczki będą zarabiały pieniądze, nieadekwatne do swoich umiejętności. Dodam jeszcze tylko jedną rzecz do tego, co powiedziałem. I wiem, że zaraz odezwą się osoby co powiedzą, że trener ekstraklasy nie popiera polskich zawodniczek. Ja jestem za tym, że jeżeli widzę potencjał w innej zawodniczce zagranicznej, która nie kosztuje koniecznie więcej niż polska zawodniczka i widzę w tym możliwość rozwoju mojego zespołu – to dlaczego mam tego nie zrobić i jej nie podpisać? W czym przeszkadza takie coś w rozwoju polskiej zawodniczki? W niczym. Funkcjonowaliśmy tak kiedyś, nie było przepisu o młodzieżowcu i czy nie kształciliśmy dobrych zawodniczek w wieku 19-22 lat? Oczywiście, że kształciliśmy. Mógłbym podać przykłady, ale nie chcę tego robić. Zostały stworzone przepisy, które zaślepiły chyba wszystko inne co istnieje. Nie może być tak, że będą one do czasu aż awansujemy na Mistrzostwa Europy, a w tym czasie żadne inne przepisy nie pozwolą polskiej koszykówce funkcjonować. Nie zapominajmy przy tym o tym, że obecnie dwanaście drużyn przez osiem miesięcy dba o to, aby polskie zawodniczki miały treningi, miały cały czas trenera, fizjoterapeutę i trenera motoryki i takie zawodniczki przyjeżdżają na kadrę. Byłem w reprezentacji Czarnogóry i Polski i tam nie ma czasu na to, aby przygotować zawodniczki. Czas na kadrze jest po to aby „dopieścić” pewne rzeczy, zrobić ogólny plan i aby to funkcjonowało. Kluby starają się o dotacje, budżety i cały czas rozwijają te zawodniczki.

Przepisy miały pomóc reprezentacji Polski, chyba jednak nie pomogły? W zespole mamy za to wspomnianą już Stephanie Mavunge, bez której ciężko wygrać.

- I całe szczęście, że mamy Stephanie. Dużo kadr korzysta z możliwości naturalizacji, aby podnosić swój poziom. Mało jest obecnie krajów, które funkcjonują bez naturalizacji. Z tych bliskich są to Łotwa i Litwa, a większa ilość drużyn już wspiera się innymi zawodniczkami.

No dobrze, tylko która polska zawodniczka może wejść w buty Stephanie Mavungi i zastąpić ją w meczach z Włochami, Hiszpanią czy Belgią?

- Pracuję w seniorskiej koszykówce od 20 lat i mam prawo wyrazić swoje zdanie, zgadza się?

Zgadza się.

- Nie mamy takiej zawodniczki, gdyż to jest zupełnie inny poziom jaki nie wiem czy kiedyś osiągniemy.

W  tym wszystkim o czym rozmawiamy, nie pomaga to co się dzieje od zeszłego sezonu. Mocne Polkowice upadły, a Gdynia obecnie ma problemy. To nie wróży dobrze?

- Szczególnie zabolała mnie sytuacja z Polkowicami, gdyż byłem związany z tym klubem ponad 9 lat. Zostawiłem tam dużo pracy i myślę, że był to owocny czas. Jak odchodziłem z klubu, to nie zostawiłem po sobie „spalonej ziemi”. Mocno pracowaliśmy razem z prezesem (Krzysztof Korsak – przyp.red.) nad tym aby uruchomić wszystkie szkoły podstawowe, aby ta koszykówka na poziomie młodzieżowym trzymała się dobrze. Nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, że kiedyś przyjdzie jakiś kryzys i wszystko się zakończy. Wiem, jak dużo Gmina Polkowice i Pan Prezes Dariusz Miłek pomagali koszykówce w Polkowicach. Natomiast sztab trenerski razem z zarządem pracując tam dwa lata, nie potrafili zapanować nad tym co się tam działo. To jest bardzo smutna sytuacja, że takie coś co miało w ubiegłym sezonie miejsce się wydarzyło. Tak samo smutną sytuacją, było zniknięcie z ekstraklasowej mapy Wisły Kraków. Jeśli chodzi o obecną sytuacje w zespole z Gdyni, to nie bardzo mogę coś na ten temat powiedzieć. Nie jestem blisko tego klubu, odpowiadam za pracę w Ślęzie Wrocław. Jednak na pewno polskiej koszykówce nie będzie pomagało to, że są w niej jakieś turbulencje. Pamiętam też, że razem z Panią Prezes (Katarzyna Ziobro – przyp. red.) przechodziliśmy turbulencje we Wrocławiu po sezonie związanym z pandemią COVID-19. Był to ciężki czas, musieliśmy mocno zacisnąć pasa żeby zbudować zespół. Budowaliśmy wtedy drużynę, mając budżet na pierwszą ligę. Mimo to, udało nam się przetrwać i zachować możliwość grania w ekstraklasie. To są zawsze trudne decyzje, przede wszystkim dla prezesów klubów. Trenerzy są odpowiedzialny za prowadzenie zespołów, a to prezesi odpowiadają za budowę budżetów, za to czy klub przetrwa oraz czy nie będzie zadłużony.

Do połowy stycznia Ślęzę i inne zespoły czeka dużo grania, trochę jak w piłkarskiej Premier League. Grafik jest bardzo napięty, jednak nie widzę w tym niestety plusów. Promocją to nie jest, a dla drużyn z wąskimi składami przed decydującą fazą sezonu może być jeszcze problemem?

- To jest w ogóle sytuacja dziwna. Jednak nie chcę używać w tym całym wywiadzie nagminnie negatywnych słów, ale tak nie powinno być. To jest brak szacunku dla klubów, tak samo dla zawodniczek. Rozgrywanie po świętach ligowych kolejek – 27 i 30 grudnia oraz 2 stycznia, czemu ma sprzyjać? Na pewno nie popularyzacji tej dyscypliny. Dlaczego jesteśmy tak mocno zamknięci w tym, że nasza liga musi zaczynać się 4 października? Mamy 12 drużyn, a może będzie ich więcej. To proszę, nie oszukujmy się. Nie jesteśmy teraz na takim poziomie, że będziemy sięgali po zawodniczki z WNBA. Czyli nie ograniczają nas rozgrywki za oceanem, tak więc spokojnie możemy rozpoczynać sezon 10 lub 15 września. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak zrobić. Jaki jest problem, aby rozpocząć przygotowania do sezonu 1 sierpnia? Czym zawodniczki będą miały mniejszy okres między zakończeniem sezonu, a jego rozpoczęciem to chyba lepiej dla ich rozwoju i lepiej też dla kadry narodowej. A druga sprawa jest taka, że czy musimy kończyć sezon w połowie kwietnia? Pamiętam, jak w 2017 roku zdobywaliśmy Mistrzostwo Polski i finałowe mecze graliśmy w weekend majowy. Było bardzo fajnie, było wolne, było bardzo dużo ludzi i znakomita atmosfera. Dlaczego nie wrócimy do tego? Ile mamy zawodniczek z WNBA, że nie da się tego zrobić?

Tak więc terminarz można było zrobić inaczej?

- Oczywiście, że tak. To kluby dbają i to kluby płacą zawodniczkom, a nie ktoś inny. Jeżeli warunki się poprawią i nie będzie to wieczne pędzenie w lidze, to będzie dużo lepiej. Nie mówię tutaj o połączeniu terminów ligowych z pucharami, gdyż to już są indywidualne wybory klubów czy brać w nich udział czy nie. A teraz na przykładzie Ślęzy powiem, że nie wiemy jak zorganizować przerwę. Zagraliśmy mecz z  Bochnią 21 grudnia, a po sześciu dniach gdzie są jeszcze święta trzeba zagrać kolejny mecz. I potem kolejne mecze i jeszcze do tego Puchar Polski, to kiedy zawodniczki mają czas na chwilę odpoczynku? Gdzie my pędzimy, zapytam raz jeszcze.

Teraz pędzimy, ale pod koniec marca napotykamy ścianę i nagle się zatrzymujemy.

- Zgadza się. Ostatnia kolejka jest 1 marca, a play-off wystartuje 21 marca. Mamy trzy tygodnie wolnego, tylko po co? Co ja mam z tym czasem zrobić?

To nie do mnie pytanie, a do osób odpowiedzialnych za ligę. Jednak mogą nie znać odpowiedzi na to pytanie, albo nie będą chcieli o tym rozmawiać.

- Zadam pytanie i wszyscy teraz mi powiedzą – to jest okienko reprezentacyjne. Tak FIBA ustaliła, że tak mają być rozegrane kwalifikacje. Dobrze. Tylko czy musimy ostatni mecz rozgrywać 1 marca, a nie można było zrobić go 5,6 czy 7 marca (inne kraje biorące udział w kwal.  rozgrywają mecze ligowe w tym terminie – przyp.red.) zamiast 27 grudnia? Być może to by też pomogło dziewczynom przez chwilę złapać oddech, mając w okresie świątecznym te cztery dni wolnego. Mówię tutaj na przykładzie mojego zespołu. Która kadra narodowa rozpocznie przygotowania 2 marca, jeśli inne ligi grają?

Kiedyś były na początku sezonu spotkania na linii kluby-liga, gdzie można było wypowiedzieć się na różne tematy.

- Były.

Już nie ma?

- Być może są, ale trenerzy nie mają tam swojego panelu dyskusyjnego. A czy w to miejsce są jakieś inne, to nie wiem. Jednak patrząc na to co się dzieje, to wydaje mi się, że nie ma. Jak zobaczyłem terminarz, to byłem mocno zdziwiony. Jak mam przygotować zespół na play-off, kiedy mam trzy tygodnie przerwy i do tego w moim przypadku cztery zawodniczki grające w kadrach narodowych. Nie zapominajmy również o jednym, kolejny raz to powiem. Dla klubów czas play-off, to jest najważniejszy czas. To czas rozliczeń z tego, jakie dotacje otrzymali od urzędów czy od sponsorów. Załóżmy, że z kadry przyjadą dwie zawodniczki kontuzjowane, a my nie mamy żadnego przepisu o tym, że kontuzja zawodniczki na zgrupowaniu kadry powoduje możliwość ściągnięcia w to miejsce innej zawodniczki. Okienko transferowe kończy się 15 stycznia. A może trzeba by było dodać do tego zapis, że kontuzja zawodniczki na kadrze daje możliwość ściągnięcia do zespołu innej zawodniczki. Czyli załóżmy, że od sierpnia do marca idzie wszystko dobrze, przytrafia się taka sytuacja i sezon na straty. Nie ma finalnie wyniku i jak mam się z tego rozliczyć, w jaki sposób? Wtedy ja jestem odpowiedzialny za to, że tak jest skonstruowany ligowy terminarz? Uważam, że nie jest to sprawiedliwe.

W styczniu obędzie się Puchar Polski. To prestiżowa nagroda, którą trzeba próbować zdobyć czy turniej jaki trzeba tylko rozegrać?

- Dopóki Puchar Polski nie będzie organizowany w formule Final Eight lub Final Four, to nie będzie on dobrym turniejem. Jest to prestiżowa nagroda, jednak w dalszym ciągu będę mówił z pozycji drużyny jaka nigdy nie była uprzywilejowana. Nie byliśmy rozstawieni, jako uczestnik Euroligi czy jako drużyna z 1. miejsca w lidze. Teraz ktoś może powiedzieć – to trzeba było się starać zając 1. miejsce. Jednak uważam, że nie na tym to ma polegać. Wywalczenie 1. miejsce miejsca powinno gwarantować, że gra się albo z czwartym zespołem (Final Four) albo z ósmym (Final Eight). Na tym zakończę dywagacje na temat Pucharu Polski, który od lat jest niesprawdzoną formułą.