"Koszykówka jest największą, najdłuższą i najciekawszą przygodą, jaka mnie spotkała do tej pory" - cz. I wywiadu z Agnieszką Kułagą

Dodano: 28.11.2012, 23:28


Jak wygląda koszykówka za oceanem? Dokąd zmierza Polska Liga Koszykówki? Jak przyciągnąć kibiców na halę? O tym i nie tylko w I cz. wywiadu z Agnieszką Kułagą. Zapraszamy do lektury!


Kuba Skowron: No dobrze zacznijmy od początku. Jak zaczęła się twoja przygoda z koszykówką? I dlaczego koszykówka, a nie np. siatkówka, gimnastyka artystyczna czy kolarstwo górskie?

Agnieszka Kułaga: W najmłodszych latach moi rodzice dali mi szansę spróbować większości dyscyplin. W wieku szkolnym musiałam wybrać między pływaniem i koszykówką, i chyba fakt, że koszykówka to sport drużynowy zdecydował, że pozostałam właśnie przy niej.

Czym jest dla Ciebie koszykówka? Jakie emocje się z nią wiążą?

-Najprościej mówiąc, patrząc na moje dotychczasowy życie, koszykówka jest największą, najdłuższą i najciekawszą przygodą, jaka mnie spotkała do tej pory. Dała mi szansę skończenia świetnej szkoły, poznaniu wielu wartościowych osób i jest od lat moim sposobem na życie.

Do swojego sportowego CV możesz wpisać kilka klubów. Grę w którym klubie wspominasz najlepiej? Dlaczego?
-Bardzo fajnie zapowiadał się obecny sezon w Rybniku, gdzie miałyśmy zgraną, lubiącą się drużynę. Najmilej jednak wspominam swoje 4 lata w Stanach Zjednoczonych.

Miałaś możliwość gry w amerykańskim klubie uniwersyteckim, jak wspominasz te czasy? Miałaś na początku pewne problemy z przestawieniem się na amerykański styl gry?
-Jest wiele różnic pomiędzy NCAA i koszykówką europejską. Pomijając same zasady, w Stanach zdecydowanie większa uwaga przykładana jest do indywidualnego wyszkolenia zawodnika i generalnie mentalnych aspektów gry. Myślę, że największy problem jako jedynce, sprawiała mi dyscyplina taktyczna i faktycznie bycie przedłużeniem trenera na boisku. Dopiero na drugim roku potrafiłam już w pełni realizować założenia i byłam dobrze przygotowana fizycznie do bardziej siłowej gry.

Gra w USA a gra w Polsce, to jak niebo a ziemia i chyba nie da się tego porównać. Ogromne różnice w przygotowaniu i warunkach, jakie zapewniają kluby, ale także ogromne sumy pieniędzy przeznaczane na koszykówkę i szkolenie od najmłodszych lat. W czym tkwi największa różnica, co Cię tam najbardziej zaskoczyło?
-To fakt, budżety drużyn grających w NCAA są bardzo często wyższe niż większość budżetów drużyn występujących w PLKK. Widoczne to było nie tylko w organizacji zespołów, ale również na każdym kroku czy to w podróży, czy w przygotowaniu spotkań u siebie. Nie wiem jak w innych drużynach, ale w Valparaiso spotkałam się z najlepszą opieką medyczną w całej swojej karierze.

Za tobą już ponad 3 sezony w PLKK. Jak zmieniła się liga w ciągu tych kilku lat? Są to zmiany na lepsze, czy może wręcz przeciwnie?
-Niestety uważam, że liga idzie w złym kierunku. Coraz mniej jest pretendentów, a większość drużyn tak naprawdę nie gwarantuje ani zawodnikom, ani trenerom stabilności finansowej. Jest to dla nas - zawodniczek, trudna sytuacja, bo chcąc być profesjonalistkami oczekujemy tego samego od drugiej strony.


Generalnie koszykówka w Polsce jest sportem mało popularnym, a koszykówka kobiet w ogóle można powiedzieć, że jest sportem niszowym. Razem ze swoim pierwszym trenerem zajmujesz się pracą z młodzieżą. Co według Ciebie można zrobić, żeby przyciągnąć zawodniczki na boiska, a kibiców na hale?
-Od przeszło roku próbujemy z trenerem Mariuszem Siedlikiem odbudować to, co kiedyś w Tarnowie istniało. Chcemy z powrotem zarazić najmłodsze dziewczyny miłością do koszykówki i dać im szansę rozwoju sportowego. Chcę tu zaznaczyć ogromny wkład trenera Siedlika w rekrutacje najmłodszych, która bardzo często odbywa się w jego wolnym czasie i niestety, ale charytatywnie. Uważam, że aby przyciągnąć dzieci na salę, potrzeba więcej ludzi z pasją do sportu, nieszukających w tym interesu i samych zwycięstw, tylko szansy dania radości i zajęcia najmłodszym. Jeżeli coś się budzi z pasji, jest wtedy duża szansa, że będzie zalążkiem przyszłego sukcesu. Tak było przeszło 10 lat temu z Pałacem Młodzieży, w którym zaczynałam swoją karierę.

Ten sezon rozpoczęłaś w klubie KK ROW Rybnik, jednak z powodów finansowych klub ten musiał wycofać się z rozgrywek PLKK, a wy zostałyście bez pracy. Nie potrafię sobie wyobrazić waszego smutku i zawodu, jaki musiałyście przeżyć zwłaszcza, że widać było w was wielką wolę walki i gry - mimo wszystko. Chyba nikt się nie spodziewał takiego przebiegu sprawy. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy? Kłopoty finansowe klubu pojawiły się nagle, czy od samego początku miałyście informacje o sytuacji klubu?
-Nie chcę tu szukać winnych sytuacji w Rybniku. Jedynie mogę powiedzieć to, to że zarówno zawodniczki, trenerzy, jak i kibice zostali oszukani. Nie działo się to tydzień czy dwa, ale trwało miesiącami. Wszyscy chcieliśmy grać, ale to jest nasz zawód i można wytrzymać miesiąc bez wypłaty, ale nie trzy, i to z wizją nigdy nie zobaczenia złotówki z klubu. Żal jest mi kibiców, moim zdaniem potrafią stworzyć najlepszą atmosferę na hali w całej Polsce. Pozostaje mieć nadzieję, że znajdą się odpowiedni ludzie, którzy koszykówkę w Rybniku odbudują.

Ale mam nadzieję, że to co się stało w tym sezonie, nie zraziło Cię do gry i nie oznacza końca twojej przygody z koszykówką. Zobaczymy Cię jeszcze na boisku?
-Nie czuję się wypalona jako zawodniczka. Po ostatnim sezonie, kiedy czułam się zmęczona koszykówką, w Rybniku wróciła radość gry. Na pewno na boisko wrócę.


Aleksandra Grzybczak
Kuba Skowron
KoszykowkaKobiet.pl