- Zawsze pociągała mnie inna strona koszykówki, którą nazwę Esencją przez duże "E". I to o niej będę pisać - zaznacza w swoim felietonie dla portalu Koszykówka Kobiet zawodniczka Super-Pol Tęczy Leszno, Elżbieta Mukosiej.
Z góry zaznaczam, iż zupełnie nie wiedziałam, gdzie mnie doprowadzi ten artykuł. Jednego tylko byłam pewna: to nie streszczenie tego, co działo się na parkietach Ford Germaz Ekstraklasy. Nad szokującą i z pewnością zasmucającą sytuacją Diany Taurasi też nie zamierzam się rozwodzić. Tak naprawdę (i dosłownie teraz to do mnie dotarło) nie przepadam za pisaniem, czy rozmawianiem o sporcie - nawet o koszykówce. Wielu mogłoby uznać to za dziwne. Jakby nie było, zdecydowałam się poświęcić swoje życie koszykówce, więc dlaczego nie chcieć o niej rozprawiać? Nigdy nie byłam przesadnie ciekawa statystyk lub innych faktów dotyczących tego sportu. Dziennikarstwo zdecydowanie nie jest moją dziedziną! Zawsze jednak pociągała mnie inna strona koszykówki, którą nazwę Esencją przez duże "E". I to o niej będę pisać.
Okres świąteczno-noworoczny w drużynie prowadzonej przez Jarosława Krysiewicza nie należy do najłatwiejszych. O tym z pewnością wiedzą wszyscy, którzy mieli okazję z nim współpracować. Z perspektywy zawodniczki, po stu sprintach (ilość oczywiście nie jest prawdziwa, ale doskonale oddaje obraz sytuacji) ma się wrażenie, że nogi to dosłownie takie makarony - dla tych fizycznie mocniejszych - ewentualnie al dente. Ja - choć zaliczę się do tych "twardszych" - niestety ostatni trening przed Nowym Rokiem musiałam opuścić, gdyż stan mojej "czwórki" nie pozwalał mi na tak intensywny wysiłek. Na moje szczęście, tego dnia trener przyprowadził ze sobą Laurę. Laura to młoda osóbka, dopiero zaczynająca swoją przygodę z koszykówką. Jej zapał do pracy i chęć chłonięcia wiedzy były dla mnie niespotykane jak na dzisiejszą młodzież. Dzięki takim dzieciakom szkolenie staje się nie tylko prostsze, ale też o wiele przyjemniejsze! Tamtego dnia nie musiałam więc bezproduktywnie siedzieć i obserwować z linii bocznej tego, co działo się na treningu, ale cieszyłam się tym, że mogę przekazać Laurze pewne podstawy, które, mam szczerą nadzieję, przyczynią się do rozwoju jej gry. Głównie pracowałyśmy nad techniką rzutu, co jedynie przywołało na myśl moje pierwsze poczynania z piłką, pierwszych nauczycieli itd. ...
Aż buzia mi się uśmiecha, kiedy wracam pamięcią do moich początków... Po raz pierwszy piłka do kosza wpadła w moje ręce kiedy miałam 10 lat, a swój pierwszy "basket" zaliczyłam grając z chłopakami na podwórku. Graliśmy na nierównym chodniku przy placu zabaw, gdzie każdy kozioł, nawet ten wykonany z precyzją, groził utratą piłki. Naszym koszem nie był taki zwykły kosz. Naszym koszem była drabinka do zabaw - wspinaczek i innego rodzaju "wygibasów". Owa drabinka kształtem przypominała wulkan lub zwykły stożek tylko składający się z okręgów, których średnice malały wraz z wysokością drabinki. Ta na samej górze rozmiarowo wyglądała zupełnie jak obręcz do tego prawdziwego kosza z tablicą. Całkiem nieźle nam szło zdobywanie punktów. A że nie zaliczałam się do "kurdupli" często nawet udawało mi się "skończyć z góry" - tak zwanym alley jump-em. To były momenty kiedy czułam się jak Michael Jordan w jego własnej osobie! Tak, to były czasy Bullsów. Wszyscy chcieliśmy być jak Mike, Pippen czy też Rodman.
U nas na osiedlu nikt nie przepadał za Jazz i Malonem. Jeśli już ktoś taki się znalazł, zaraz zaczynały się zażyłe sprzeczki kto w tej kwestii miał rację. "Bo Bullsi są Mistrzami a MJ jest najlepszy na świecie i może zdobyć 60 punktów w jednym meczu!" A to to, a to tamto... Popularność Bulls, a w szczególności Michaela Jordana, była czymś więcej niż zwykłą fascynacją. Śmiem powiedzieć, iż dla mojego pokolenia Jordan naprawdę uchodził za kogoś kto "potrafił grać lepiej w koszykówkę niż ktokolwiek inny robić cokolwiek innego". I jeśli w moim ówczesnym/dziecięcym świecie istniał ktoś, kogo chciałam naśladować, to niewątpliwie był to MJ. Często do takiego stopnia, że nawet uwagi mojej pierwszej pani trener, Marzeny Sepko, uznawałam za niewykonalne. Ale nie z natury stopnia trudności danego ćwiczenia tylko z mojego upartego charakteru. Wtedy jeszcze uczono nas rzucać oburącz, co dla mnie było niedorzeczne. "Michael Jordan tak nie rzuca, więc ja też nie zamierzam".
W moim pierwszym zorganizowanym meczu również nie obeszło się bez mego wewnętrznego "buntu". To było podczas rozgrywek międzyszkolnych szóstoklasistek, gdzie trenerka wzięła mnie i parę innych dziewcząt z młodszych klas (ja z 4-tej), żeby mieć pełen skład. Oczywiście wiadomo nam (młodszym) było, że raczej nie zagramy. Aczkolwiek każda w duchu modliła się o parę minut. Im jednak mecz bardziej zbliżał się ku końcowi, tym nasze nadzieje topniały coraz bardziej. W tym momencie (nie pamiętam powodu, ale wnioskuję, że któraś z grających zawodniczek zeszła za 5 fauli, choć osobiście przystaję przy fakcie, że Bóg wysłuchał moich próśb z ławki rezerwowych) podchodzi do mnie trenerka, chwyta mocno za obie ręce, patrzy prosto w oczy i mówi stanowczo i wyraziście: "Pamiętaj, jak tylko dostaniesz piłkę to od razu ją komuś podaj".
Mając te słowa na myśli, tak bardzo chciałam dostać piłkę w swoje ręce i udowodnić, iż potrafię kozłować, że przez te niecałe 2 minuty zrobiłam więcej wiatru na boisku niż wszyscy inni razem wzięci. W rezultacie jednak łapię piłkę i natychmiast ją podaję mojej starszej koleżance z drużyny. Do końca nie wiem, czy zrobiłam tak pod wpływem stresu czy z obawy, że jeśli nie wykonam poleceń mogę mieć później kłopoty... Z jednej strony czułam niedosyt - wręcz pewien zawód, gdyż bardzo chciałam postawić na swoim i zrobić coś na przekór, z drugiej jednak to moje instynktowne zachowanie wzbudziło zaufanie u pani trener i tym samym poszerzyło (czego dowiedziałam się z czasem) margines na błędy - czytaj: moje indywidualne "widzi mi się", które miałam ochotę urzeczywistnić podczas gry w koszykówkę.
Tak też już w szkole podstawowej miałam silne poczucie kim chcę zostać jak dorosnę. A moja uporczywość w postawieniu na swoim zawsze grała kluczową rolę w moim rozwoju pod względem sportowym i życiowym. Nie powiem, często mi się obrywało za nieposłuszeństwo, aczkolwiek nigdy nie żałowałam popełnionych błędów, bo przecież bez nich nie byłabym tą samą osobą, którą jestem dziś. Osobiście uważam - i nieraz tego doświadczyłam, że lepiej zrobić coś na co się miało ochotę i nie do końca być z tego zadowolonym niż zrobić coś na co się nie miało ochoty, mimo, iż wzbudziło to uznanie innych. Trzeba mieć nauczycieli i trzeba ich słuchać. Trzeba mieć idoli i trzeba brać z nich przykład. Ale o wiele ważniejsze jest, żeby nie bać się popełniania błędów. Najważniejsze to umieć odnaleźć siebie, odnaleźć swój styl i z dumą go wyrażać - nieważne, w jakiej dziedzinie. Wszystkim młodym koszykarkom i koszykarzom życzę odnalezienia właśnie takiej wewnętrznej iskry i odwagi, żeby wzniecić z niej potężny ogień.
Elżbieta Mukosiej
/Super-Pol Tęcza Leszno/
fot. GRZEGORZ RUTKOWSKI (www.fotorutkowski.waw.pl)
Zetibet - 15.01.2011, 17:22
Całkiem nieźle Mukosiej sie rozpisała:) liczę na kolejne takie swoje przemyślenia, bo to zawsze ciekawiej jest wysłuchać kogoś kto gra na co dzień, a może i koleżanki z drużyny też się w przyszłości wypowiedzą:)
Aneta - 15.02.2011, 00:31
Bardzo interesujace Elus, z checia wiecej poczytam, wiec tworz ;) pozdrawiam
Dodaj komentarz