Marcin Mochal: Upadek papierowego faworyta

Dodano: 29.03.2010, 08:56


 
 
Pierwsza runda play-off za nami. KSSSE AZS PWSZ Gorzów Wielkopolski, Lotos Gdynia oraz Energa Toruń w dwóch meczach odprawiły z kwitkiem swoje rywalki. Najciekawiej zapowiadało się starcie Polkowic z Krakowem, tak też się stało. CCC w trzech spotkaniach rozwiało mistrzowskie marzenia Wisły Can-Pack. Niespodzianka? Nie.
 
Tuż po zakończeniu decydującego meczu w Polkowicach, na oficjalnej stronie koszykówki kobiet pojawił się tytuł „Wisła za burtą Mistrzostw Polski!”. Witryna krakowskiego klubu poszła o dwa wykrzykniki dalej, zamieszczając mający wstrząsnąć kibicami do głębi nagłówek „Porażka w Polkowicach. Wisła Can-Pack poza strefą medalową!!!”. Zresztą tak było przez cały sezon. Co przegrana, to wykrzyknik. Z każdej porażki Wisły na krajowym podwórku wiele mediów robiło niespodziankę lub wręcz sensację. Po kolejnej, czwartej czy piątej przegranej krakowskiego klubu zacząłem się zastanawiać, ile razy trzeba uznać wyższość przeciwnika, by przestało to być traktowane w kategoriach zaskakującego wyniku.
 
Kibic jest od tego żeby wierzyć i wspierać niezależnie od obiektywnych szans. Kiedy jednak wiślackie mleko się już rozlało, a zarząd i kibice ochłoną po najgorszym od sześciu lat występie krakowianek w Mistrzostwach Polski, przyjdzie czas na chłodną analizę. I będzie smutno. Osobiście nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na taki koniec szykowało się już od pierwszego ligowego meczu. Przypomnijmy, w meczu otwarcia we własnej hali, w założeniu walcząca o mistrzostwo Polski, Wisła uległa … właśnie Polkowicom.
 
Później nie było lepiej. Przeciwko drużynom, które weszły do kolejnej rundy tegorocznych playoffów w pierwszej rundzie rozgrywek wiślaczki wygrały tylko raz. U siebie pokonały Energę Toruń. Poza tym, same porażki. Głośny był zwłaszcza katastrofalny występ przeciwko Gorzowowi. Krakowianki udowodniły wtedy, że nie ma takiej przewagi, której nie można w czwartej kwarcie zaprzepaścić. Ewelina Kobryn przyznała po meczu, że są sfrustrowane, Katerina Zohnova, że nie mogą tak grać. Ale grały tak nadal.
 
Runda rewanżowa to powtórka z rozrywki. Kolejna przegrana z Lotosem, druga porażka z Polkowicami. Do tego Energa Toruń wyrównała rachunki z pierwszej rundy. Na osłodę wyjazdowe zwycięstwo nad niepokonanym Gorzowem. I to naprawdę była niespodzianka, która jednak chyba mimo wszystko większości mediów umknęła. Bilans Wisły z czołówką FGE brzmiał 2-6. Przypomniała mi się wypowiedź Gara Formana, generalnego managera Chicago Bulls o sile zespołu: „Jesteś tak dobry, jak wskazuje twój bilans”. Do fazy play-off Wisła weszła bez problemów, ale zajęła piąte miejsce, co ustawiało jej bardzo trudną „drabinkę”. Nie zdołała się wspiąć nawet na pierwszy szczebel.
 
Na jakiej zatem podstawie wielu komentatorów wciąż upatrywało w Wiśle jednego z faworytów naszej ligi, a już na pewno faworyta w meczach z CCC? Prawda, Euroliga. Na parkietach europejskich krakowianki zachwycały. Ale tylko tam. W lidze polskiej grały z podciętymi skrzydłami. Pojawiły się dwie teorie tłumaczące ten fakt. Pierwsza, której sam długo byłem zwolennikiem, to nie najlepszy, jak na drużynę mającą walczyć o najwyższe cele, skład polskich zawodniczek. Tyle, że z czasem Polki zaczęły w Wiśle poczynać sobie coraz śmielej, zwłaszcza Agnieszka Majewska. W trakcie sezonu doszła do zespołu Paulina Pawlak. Pomyślałem sobie wówczas, że wszelkie problemy Wisły Can-Pack zostały rozwiązane. Pawlak wniosła do zespołu obok swych umiejętności ogromną ambicję, często była wyróżniającą się koszykarką. Mimo to „Biała Gwiazda” nadal przegrywała. Teoria o „słabych Polkach” jako przyczynie wszelkiego zła poszła się paść na zieloną trawkę.
 
Pozostaje … brak zgrania. Wisła przez cały sezon grała dwoma różnymi rotacjami, jedną na Euroligę, drugą na ligę polską. Nie trzeba dodawać, w której z nich zespół prezentował się lepiej. Trenerowi Jose Hernandezowi udało się z indywidualnie doskonałych zawodniczek stworzyć w Eurolidze kolektyw. Przerodziło się to w awans do Final Four, sukces tym większy, że do tej pory ekipa z grodu Kraka kończyła europejskie wojaże na jednej szesnastej. Niestety, trener nie zdołał tych koszykarskich klocków poukładać w meczach rozgrywanych na zasadach ligi polskiej. Wiśle zbyt często zdarzały się mecze słabe oraz takie, w których wyglądało na to, że zespół pogodził się z porażką długo przed końcowym gwizdkiem. I mowa o tej samej Wiśle, która w Eurolidze wielokrotnie wyszarpywała zwycięstwo w końcówkach. Dzięki europejskim podbojom Wisła-Can Pack w dalszym ciągu automatycznie stawiana była w roli jednego z faworytów do polskiej korony. Papierowego faworyta. I ten faworyt właśnie upadł.
 
Marcin Mochal

Komentarze

Dodaj komentarz

This is a captcha-picture. It is used to prevent mass-access by robots. (see: www.captcha.net)
Przepisz kod z obrazka:
Tytuł:
Twoje imię(*):
Adres email:
Komentarz(*):