Niczego nie żałuję - rozmowa z Aleksandrą Chomać, koszykarką Lidera Pruszków
Dodano: 13.11.2010, 13:01
Z podstawową zawodniczką pruszkowskiej drużyny koszykówki rozmawiamy m.in. o przebiegu jej dotychczasowej kariery sportowej oraz niedawnym koszykarskim horrorze, meczu Lider Pruszków - Super-Pol Tęcza Leszno.
Jak Ci się mieszka w Pruszkowie?
- Bardzo dobrze. Miasto jest małe, położone zaraz obok Warszawy, gdzie - kiedy jest wolna chwila - można sobie urozmaicić czas. Również mój dom rodzinny jest w pobliżu, bo jedynie 100 kilometrów stąd, dzięki czemu mam możliwość częstszych spotkań z bliskimi.
Mimo, że wciąż jesteś młodą koszykarką, Lider Pruszków jest już Twoim ósmym klubem. Nie kusi Cię, żeby osiąść gdzieś na dłużej?
- Przez te wszystkie lata miałam okazję grać z wieloma dziewczynami, pracować z różnymi trenerami i z perspektywy czasu niczego nie żałuję. W Pruszkowie bardzo mi się podoba i nie jest wykluczone, że tu zostanę - oczywiście wszystko zależy od klubu. Na dzień dzisiejszy bez wahania podpisałabym umowę na następny sezon. [śmiech]
Zaczęłyście sezon „w kratkę”, teraz notujecie serię zwycięstw. Czy to oznacza, że w zespole już wszystko "zaskoczyło" tak jak powinno?
- Nie powiedziałabym, że "w kratkę". Sprawiłyśmy prawdziwą niespodziankę, wygrywając - jak dotąd - z Gorzowem i Toruniem, gdzie nie byłyśmy raczej brane pod uwagę jako faworytki. Jedyna wpadka to mecz z Poznaniem. Myślę, że rozumiemy się z dziewczynami, a z każdym dniem coraz lepiej. Jesteśmy młodą drużyną i czasami widać brak doświadczenia, takiej zimnej krwi. Staramy się tak z każdego meczu, jak i treningu, wyciągać wnioski, które mają pomagać nam być lepszymi koszykarkami.
Drużyna Super-Pol Tęczy Leszno, mimo poważnych problemów z kontuzjami, wysoko zawiesiła Wam poprzeczkę.
- Faktycznie, drużyna z Leszna walczyła do końca, ale według mnie to my nie zagrałyśmy na miarę naszych możliwości. Podczas analizy wideo zobaczyłyśmy, że to u nas było kilka akcji, które powinny zostać skończone, a nie zostały. Cieszę się, że szczęście nam dopisało i wygrałyśmy.
Czy zwycięstwo do ostatnich sekund stojące pod znakiem zapytania ma dla Ciebie wyższą wartość niż spokojna wygrana dwudziestoma punktami?
- Bardzo lubię gdy wynik nie jest przesądzony do ostatnich sekund i wygrywa oczywiście moja drużyna [śmiech]. Gdy prowadzi się różnicą 20 punktów i więcej to wtedy nie ma takiej adrenaliny jak przy spotkaniach wyrównanych. Jako kibic nie przepadam za oglądaniem meczów z udziałem jednego aktora. O wiele większą radość sprawiają starcia, w których na rozstrzygnięcie czeka się do samego końca.
Co czułaś kiedy Brittany Denson podchodziła do - jak się później okazało - kluczowych rzutów wolnych?
- Myślałam, że ataku serca dostanę! Rano miałyśmy trening rzutowy. Rzucałyśmy razem wolne i nie szło jej to wtedy najlepiej. Gdy Brittany stała na wolnych miałam jej obraz z rana i ściskałam kciuki z całej siły - chyba pomogło, bo Britt nie pomyliła się ani razu. Jak się później okazało, ona rzucała bez presji - bo była przekonana, że to my wygrywamy! [śmiech]
Kolejny mecz, z Odrą Brzeg, rozegracie dopiero 19 listopada. Czy taka długa przerwa w grze jest korzystna, czy wręcz przeciwnie?
- Nie lubię dłuższych przerw między meczami. Wychodzi się z pewnego rytmu, ale dzięki temu możemy bardziej skupiać się na indywidualnych brakach. Mamy czas na lepsze przygotowanie się jako drużyna. Niedawno dołączyła do nas Adrianne Ross, która gra na pozycjach 1-2, więc przerwa na pewno przyda nam się na lepsze zgranie.
Na swoim klubowym profilu piszesz o zainteresowaniu antropologią kulturową. Gdzie leżą jego źródła?
- Uwielbiam podróżować, zwiedzać i poznawać inne kultury oraz zwyczaje. Ludzie są bardzo ciekawi - cieszę się, że mam możliwość poznawania wiele osób z rożnych krajów. Gdybym otrzymała propozycję pracy jako podróżnik - coś a’la Martyna Wojciechowska czy Wojciech Cejrowski - bez wahania bym się zgodziła. [śmiech]
Rozmawiał Marcin Mochal
/KoszykowkaKobiet.pl/
fot. GRZEGORZ RUTKOWSKI (www.fotorutkowski.waw.pl)
<< Wracaj





Dodaj komentarz