- Myślę, że zagramy w Eurolidze. Chcemy to także zrobić dla miasta i kibiców - Krzysztof Szewczyk

Dodano: 18.04.2023, 17:05


W 2016 roku Polski Cukier AZS UMCS Lublin zdobył Puchar Polski, a w 2023 roku do klubowej gabloty trafiło trofeum za mistrzostwo Polski. Jak mówi trener Krzysztof Szewczyk - Dziewczyny zasłużyły na takie zakończenie i taką nagrodę!



Zespół z Lublina najlepszą drużyną w Polsce w sezonie 2022/2023! Udało się czy bardziej zapracowaliśmy na to walcząc nie tylko z innymi zespołami, lecz także z przeciwnościami losu?

- Ogromnie cieszymy się z tego zwycięstwa, gdyż jak wiadomo faworyt w tym sezonie był zupełnie inny. Była nim drużyna z Polkowic i ja sam obstawiałem, że mogą zakończyć sezon z kompletem zwycięstw jakby zagrali w pełnym składzie. W trakcie sezonu bardzo dobrze grał zespół z Gorzowa Wlkp. i widać było, że wszystko tam pasuje do siebie i stąd też tak dobre ich wyniki. Finalnie jednak to właśnie zespół z Lublina po wielu perypetiach, zmianach w składzie i problemach wewnątrz zespołu trafił na decydującą część sezonu z formą i „udało się” – to myślę, że to złe słowo. Wywalczyliśmy to mistrzostwo i nikt nam go za darmo nie dał, trzeba przede wszystkim o tym pamiętać. Gdzieś tam słychać, że wygraliśmy bo inne zespoły trapione były kontuzjami czołowych zawodniczek. Z tym się nie mogę zgodzić, gdyż jest to nie sprawiedliwe w stosunku do tego zespołu. Zostaliśmy mistrzami, bo zasłużyliśmy na to i myślę, że graliśmy w play-off najlepszą koszykówkę z tych wszystkich zespołów.  Dziewczyny zasłużyły na takie zakończenie i taką nagrodę! To tak jakbyśmy przed sezonem skarżyli się, że ktoś ma wyższy budżet od nas i bez sensu jest z nim grać. Takie są realia, a w sporcie są kontuzje i wysokie budżety i trzeba sobie z tym radzić. My sobie z tym poradziliśmy.

W finałowej rywalizacji przełamanie nastąpiło już w pierwszym meczu w Polkowicach, gdzie AZS zaskoczył wszystkich. Wtedy była już myśl w głowie, że można zdetronizować aktualnego mistrza?

- Już mniej więcej po wywalczeniu awansu do finału wiedzieliśmy, że możemy powalczyć z drużyną z Polkowic. Forma BC w fazie play-off nie była dobra, widać było jak byli słabsi z meczu na mecz. To już nie była ta drużyna z sezonu zasadniczego, czy też z meczów półfinałowych z Zagłębiem Sosnowiec. Tak więc podchodziliśmy do tego starcia z wiarą, że można to mistrzostwo zdobyć. Ten pierwszy mecz, może nie ustawił rywalizację ale pokazał, że można z nimi powalczyć. Następnie jednak BC bardzo dobrze odpowiedziało i wygrało dwa kolejne spotkania, w tym to na naszym parkiecie. Wtedy wówczas zdominowali nas przede wszystkim na „desce” zbierając 45 piłek w ataku… a tak się nie da nic wygrać. Po tym meczu powiedzieliśmy sobie razem z dziewczynami, że to jest nasza ostatnia szansa. Jak chcemy jeszcze być w grze, to trzeba przede wszystkim poprawić walkę o piłkę pod tablicami. Jeśli tego nie zrobimy, to mistrzostwo weźmie zespół z Polkowic. Udało nam się to zrealizować, a piąty mecz to już była loteria. Nie było w tym meczu faworyta i nie miało znaczenia to, że oni grają na własnym parkiecie. My mogliśmy, a oni musieli. Finalnie wygraliśmy jednym punktem!

Trzeci mecz to była katastrofa, prawda? Wygrana była na wyciagnięcie ręki…

- Może nie była to katastrofa, lecz przegraliśmy nie tyle co na własne życzenia ale daliśmy rywalowi to co powiedziałem wcześniej – zbiórki w ataki. Jeżeli dajesz sobie we własnej hali zebrać ponad 20 piłek w ataku, to ciężko jest wygrać mecz. Mimo tego, że prowadziliśmy praktycznie przez cały mecz to wiedzieliśmy, że zespół z Polkowic dalej tak grając na „desce” musi ten mecz przełamać. W samej końcówce udało im się tego dokonać, jednak tak jak mówię – w kolejnym spotkaniu cała drużyna bardzo dobrze zareagowała i poprawiła, to co było do poprawy.

Kolejne spotkanie musiało zostać wygrane i tak też było. To była zupełnie inna drużyna niż w poprzednich meczach?

- Zespół stał pod ścianą i wiedzieliśmy, że tylko wygrana daje nam możliwość powrotu do Polkowic oraz dalszą rywalizację o mistrzostwo Polski. Tak naprawdę ten mecz od samego początku dobrze się dla nas ułożył, szybko zbudowaliśmy lekką przewagę pozwalającą przez resztę czasu kontrolować jego przebieg. Był jednak mały niedosyt, że nie skończyliśmy tego w Lublinie. Powinniśmy oba mecze we własnej hali wygrać, zwłaszcza przez fakt, że rywalki łącznie w tych dwóch spotkaniach z 80 minut prowadziły przez niecałe 3 minuty. Trochę było smutno, że nie udało się tego dokonać, a także świętować tej wygranej w Lublinie.



Przed decydującym meczem w Polkowicach, ogromna presja była na rywalach. A jak to było u Was?

- To oni byli faworytem, oni musieli wygrać. Wiedzieli też, że każdy inny wynik niż mistrzostwo Polski to będzie porażką. Dzięki temu było wiadomo, że to w obozie przeciwnym jest dużo większa presja. Tak naprawdę w rywalizacji finałowej każdy stawiał na wygraną drużyny z Polkowic 3-0 lub 3-1. Podeszliśmy do tej rywalizacji bez presji, jednak nie oznacza to, iż nic nie czuliśmy. Przed każdym meczem jest presja, ale nie była ona tak bardzo paraliżująca. Było to bardziej wyczekiwanie na swoją szansę, którą udało nam się wykorzystać.


W tym ostatnim meczu kropkę nad „i” postawiła Aleksandra Zięmborska, która dobrze zagrała także w całym meczu? A tutaj warto przypomnieć, iż sezon zaczynała… w Polkowicach.

- Na ostatnie dwa mecze dokonaliśmy zmiany, a szczególnie w tym piątym. Za Olgę Trzeciak w pierwszej piątce pojawiła się Aleksandra Zięmborska, co jak się okazało było strzałem w „10”. W dwóch spotkaniach finałowych, zdobyła łącznie 33 punkty z czego aż 21 w decydującym ostatnim meczu. Dokonała tego w tak ważnym meczu, gdzie o wyniku decydowało jedno posiadanie. Na 4 sekundy przed końcową syreną miała dwa rzuty wolne i oba wykorzystała, co jest niebywałym wyczynem. Tak się złożyło, że sezon rozpoczęła w zespole z Polkowic, jednak nie była zadowolona z ilości minut jakie tam dostaje. Gdy pojawiła się szansa w trakcie sezonu, że zmieni klub to udało nam się ją pozyskać.

Historyczny sukces nie tylko dla klubu, ale całej organizacji jaką jest AZS UMCS został przypieczętowany i „chyba” trzeba kuc żelazo póki gorące – jakiej drużyny możemy spodziewać się w kolejnym sezonie?

- Oczywiście, że jest to sukces nie tylko klubu ale i całej organizacji skupionej przy sekcji koszykówki. Pamiętam, jak przychodziłem tutaj 9 lat temu to zespół w wyniku wykupienia „dzikiej karty” dostał się do ekstraklasy. W pierwszym sezonie obroniliśmy się przed spadkiem, później tak naprawdę za każdym razem graliśmy w play-off. Walczyliśmy wówczas o dobre wyniki, jednak za każdym razem czegoś brakowało. Ta drużyna ładnych parę lat czekała na wejście do pierwszej „czwórki”, a ostatnie dwa lata były takim ukoronowaniem tego. Należy się tylko cieszyć, że klub tak się rozwija i jest zdecydowanie inny poziom organizacyjny niż ten co był kilka lat temu. Najważniejsze jest to, że cały czas klub idzie do przodu.

Po takim wyniku, jest także pytanie – w jakim pucharze zagracie? Jako mistrz Polski, macie gwarantowane miejsce w fazie grupowej Euroligi. Jeśli zgłosicie się do tych rozgrywek, to dodatkowo będziecie zespołem, który stopniowo wchodzi coraz wyżej w rozgrywkach pod egidą FIBA Europe. Był już EWBL, EuroCup i być może Euroliga.

- Myślę, że zagramy w Eurolidze i chcemy zagrać z najlepszymi zespołami w Europie. Chcemy to także zrobić dla miasta i kibiców, którzy przez cały sezon świetnie dopingowali zespół. Byli z nami nie tylko w tych dobrych momentach, lecz także w tych słabszych i złych. Bardzo chcemy sprowadzić do Lublina najlepsze drużyny w Europie i najlepsze zawodniczki, jakie tam grają. To będzie gwarantowało oglądanie widowisk na najwyższym poziomie, a tego właśnie chcemy. Mamy wstępne zapewnienia od Miasta Lublin oraz Marszałka Województwa Lubelskiego, że zrobią wszystko, aby pomóc nam w tym starcie w Eurolidze. Wiadomo też, że bez większego budżetu będzie ciężko tam rywalizować. Nad tym też pracujemy, gdyż naprawdę chcemy pokazać się wśród najlepszych zespołów w Europie. Trzeba korzystać z takiej szansy, gdyż kolejny raz może się ona już nie zdarzyć.