"Wydaje mi się, że młodzież z powrotem wraca do poprzednich dobrych wzorców" - Martyna Koc

Dodano: 09.07.2020, 10:41


Martyna Koc, weteranka polskich parkietów jutro będzie obchodzić swoje kolejne urodziny – jednak nie zamierza wcale odwieszać jeszcze butów na kołku. Jest siła, motywacja i przede wszystkim są chęci do gry. Kilka dni temu przedłużyła kontrakt z Politechniką Gdańską, gdzie jak zapewnia…czuje się dosłownie jak w domu.



KoszykowkaKobiet.pl: Za Tobą kawał dobrego grania i kawał historii koszykarskiej, a wszystko zaczęło się w 1998 roku w Huraganie Wołomin – pamiętasz swoje początki?

Martyna Koc: Oczywiście! Ten kto nie wie skąd się wywodzi, to nie do końca chyba wie kim jest. Pamiętam wszystkich ludzi, którzy pomogli mi w rozwoju oraz tych którzy mnie zarazili koszykówką. Są to przede wszystkim trenerzy Ryszard Zahn, Sławomir Bujniak oraz Piotr Dąbrowski. Jest także grono moich kochanych koleżanek z drużyny, z którymi wspólnie pięłyśmy się po kolejnych szczeblach szkolenia, a z którymi do dziś się przyjaźnie. Jestem im bardzo wdzięczna i bardzo chętnie wracam do tych samych miejsc i tych samych ludzi. Chociaż swoją drogą nie było to wcale takie łatwe, gdyż byłam najchudsza i miałam najmniej siły. Wcale nie było wtedy wiadomo, że będę grała zawodowo w koszykówkę, lecz to było moje marzenie i to miałam na celu. Były czasy kiedy zupełnie nie chciało mi się trenować i wtedy trener Zahn, rzeczywiście mnie przycisnął. Wytłumaczył wówczas, że to jest moja przyszłość i w tą stronę powinnam iść i nie powinnam z tego rezygnować. To właśnie dzięki niemu i mojej mamie byłam tak zdeterminowana, żeby osiągnąć cel który sobie obrałam. Jednak były też takie momenty kiedy na piechotę szłam na drugi koniec miasta, przed szkołą na godzinę 7:00, gdzie kolega Rafał Konowski pomagał mi w treningach rzutowych. Chciałam rzucać więcej niż tylko na treningach i chodziłam na treningi rzutowe, które sama sobie organizowałam. Brałam ze sobą także właśnie Rafała, który bardzo mi w tym wszystkim pomagał i wierzył we mnie. Wszystko trwało ok 45 minut, po czym szybko się przebierałam i biegłam do szkoły.  

Po Wołominie grania było również dużo - Brzeg, Leszno, Rybnik, Pruszków, Bydgoszcz, Toruń, Polkowice czy też ostatnio Gdańsk. Każdy klub to inna historia, a gdzie była ta najlepsza?

W swoim życiu trochę tych klubów przerobiłam i różne doświadczenia związane z nimi miałam. Na pewno mam ogromny sentyment do Torunia i to nie koniecznie ze względów koszykarskich. Jednak najlepsza chyba historia wydarzyła się w Bydgoszczy, gdzie po ponownym powrocie do tego miasta i drużyny miałam tam największe sukcesy. Był to najlepszy dla mnie czas i najbardziej rozwojowy. Zawsze czułam się tam potrzebna i zawsze byłam doceniona. To był naprawdę kawał dobrej historii sportowej w moim życiu.  

Nie zamierzasz wieszać jeszcze butów na kołku i kolejny sezon spędzisz w zespole Politechniki Gdańskiej, w Gdańsku i w zespole czujesz się jak w domu?

Zdecydowanie nie zamierzam wieszać butów na kołku! Czuję się bardzo dobrze w zespole Politechniki Gdańskiej i to jest fajne, że mogę czuć się doceniona i przede wszystkim potrzebna w klubie. Jest to bardzo istotne dla komfortu grania, stąd też zdecydowałam się na przedłużenie kontraktu. A czy czuję się jak w domu? Trochę tak, gdyż Gdańsk jest już moim domem. Tutaj mieszkam ze swoją rodziną i niesłychanym komfortem jest, coś czego nie miałam przez tyle lat – czyli mieszkać w mieście w którym gram. Po każdym ciężkim meczu, czy też po każdej ciężkiej podróży wracam do siebie do domu i do swoich czterech kątów i swojej rodziny. To wszystko daje takiego dodatkowego „kopa” do dalszej pracy.


Gdańsk jest już moim domem - otwarcie przyznaje Koc

Jest jeszcze siła i motywacja aby kolejny sezon wychodzić na parkiet?

Wiadomo, że jest siła i motywacja, jeżeli by takowej nie było to natychmiast przestałabym grać w koszykówkę. Był jednak taki jeden moment, że myślałam, iż już koszykówki nie potrzebuję. Jakoś bardzo nie tęskniłam, jednak po przerwie związanej z ciążą wróciłam na parkiet i nie było to do końca to czego się spodziewałam. Forma też nie była taka jakiej bym sobie życzyła i jaką myślałam, że będę miała. Gdzieś tam jednak odezwał się we mnie taki wewnętrzny zadzior, że udowodnię przede wszystkim sobie ale także innym dookoła, iż to nie jest przypadek grania przez tyle lat na parkietach ekstraklasy. Ta motywacja jest za każdym razem, gdy otwiera się nowy sezon i każdy sezon ma nowe cele. Mam tak zakorzenioną naturę, że dążę do wyznaczonego celu i się nie poddaję.

Trzy razy stałaś na ligowym podium, są dwa srebra oraz brąz… co ze złotem?

Wszystkie medale zdobyłam z Artego Bydgoszcz i po to się gra aby wygrywać, a to złoto było w zasięgu. Jednak w moim wypadku nie miałam okazji aby zawisło na mojej szyi. Tak jak te dwa srebrne medale są bardzo wartościowe, to wiadomo, ze nie są równe. Jedno srebro przyjęłam z uśmiechem na twarzy i to był jeden ze szczęśliwszych dni w moim życiu, wtedy też czułam się spełniona jako sportowiec. Gdy po raz drugi taki sam krążek zawisł na mojej szyi to ściągnęłam go od razu, ponieważ wiedziałam, że mogłyśmy to wygrać będąc zdecydowanymi liderkami i pretendentkami do złota. Wtedy też właśnie nie udało się zrealizować wyznaczonego celu.

Cały koszykarski i nie tylko świat zastopowała pandemia COVID-19, ciężko wracało się pod koniec czerwca do treningów?

Bardzo ciężko było wrócić do treningów, gdy przez cztery miesiące lockdown wszystko pozmieniał i nie dało się uprawiać sportu w pełnym wymiarze. W klubie próbowałyśmy walczyć z tym, przy pomocy naszej koleżanki z drużyny Agaty Ostrowskiej. Starałyśmy się trenować w warunkach jakie miałyśmy w danej chwili dostępne i dzięki temu, coś się przez ten czas ruszałam. Natomiast wiadomo, że to nie był trening koszykarski i nie czułam się przygotowana do treningów. Nie wiedziałam także jak to wszystko będzie po powrocie wyglądało. Jest jednak jeden pozytyw tego wszystkiego, te cztery miesiące i ten ogromny głód koszykówki zrobił swoje i przystąpiłam do treningów z ogromną motywacją i chęcią.

W 2015 roku wystąpiłaś na Mistrzostwach Europy. Myślisz, że w obecnych kwalifikacjach uda się wywalczyć jakże upragniony dla tej dyscypliny sportowej w Polsce ponownie awans na turniej?

Dodajmy, iż występ na tym turnieju nie należał jednak do zbyt udanych (18.  miejsce – przyp.red.). Teraz jesteśmy w nowych kwalifikacjach i przystąpiliśmy do nich aby awansować. Jeśli nie wierzyłabym w zwycięstwo swojej drużyny, to nie brałabym w tym udziału. Myślę, że w naszej drużynie jest wielki potencjał, a ludzie którzy teraz zajęli się kadrą i cały sztab szkoleniowy zaraża pozytywną energią. Do tego dochodzi wiedza, którą mają i podejście przy którym można stworzyć coś bardzo fajnego. Klimat jest świetny i myślę, że to jest bardzo dobry początek w naprawdę dobrym kierunku. To samo mówiłam po zgrupowaniu i pierwszym meczu kwalifikacyjnym w listopadzie zeszłego roku i teraz potwierdzam tylko swoją opinię na ten temat.


To będzie trzeci sezon w zespole Politechniki Gdańskiej dla doświadczonej Martyny Koc

Twoje doświadczenie przydaje się nie tylko w zespole ale także w Reprezentacji Polski, gdzie „młodzież” w dalszym ciągu jak kiedyś chce chłonąć wiedzę czy już się to trochę zmieniło w porównaniu z poprzednimi latami?

To jest ciężki temat. Wydaje mi się, że młodzież z powrotem wraca do poprzednich dobrych wzorców. Był dość duży przeskok jaki zauważyłam i przede wszystkim taki brak chęci, motywacji i rzeczywiście nie duży szacunek do kogoś z dużo większym doświadczeniem. Młodsze zawodniczki były bardzo przeświadczone o swojej dominacji, wiedzy czy też wyższości swoich umiejętności. Teraz wydaje mi się, że ten czas już się skończył i młodsze zawodniczki wracają na te dobre tory. Widzą także coraz częściej, że jeśli ktoś chce im pomóc to dlatego, iż ma dobre intencje. Tutaj też chodzi nie tylko o jednostki, lecz całą drużynę aby na tym zyskała jak najwięcej. Myślę, że wraca również domena konstruktywnej krytyki, dużego dystansu oraz chęci odniesienia sukcesu. To przynajmniej zauważam u młodzieży w Politechnice Gdańskiej oraz u dziewczyn z jakimi mam styczność obecnie na zgrupowaniu Reprezentacji Polski. Ogromnie się cieszę, że idzie to wszystko w dobrym kierunku i mam nadzieję, iż wyjdzie z tego coś pozytywnego i każdy wyciągnie z tego jakieś pozytywy.

Na koniec pytanie na które nie ma chyba dobrej odpowiedzi. Rodzima koszykówka idzie do przodu?

Hmm… Widzę, że dużo dobrego zaczyna się dziać w koszykówce żeńskiej. Przypominamy sobie o tym, że młode zawodniczki są bardzo istotnym elementem całego systemu szkolenia. Duża jest także w tym rola drużyny narodowej. I tak jak wspomniałam wyżej, cały sztab szkoleniowy i ludzie jacy dołączyli teraz do koszykówki i kadry to są profesjonaliści. Świetni ludzie, którzy uzupełniają się wiedzą i którzy motywują siebie wzajemnie. Ogromnie szanują zawodniczki z którymi pracują i zarażają tym wszystkich.

Odbudowa polskiej koszykówki kobiet to jest proces. Proces na który składa się wiele czynników i nie można tutaj zaczynać od samego szkolenia zawodniczek ale także od całej organizacji. Jest wiele do naprawienia ale cieszę się, że trochę zaczyna się zmieniać sposób myślenia. Mam wrażenie, że ludzi jacy są przy drużynie narodowej poprowadzą ten cały proces w dobrym kierunku. Bardzo się cieszę, że na zgrupowaniu są już z nami bardzo młode dziewczyny, które mają ogromny talent i którymi trzeba tylko dobrze pokierować. Mam też nadzieję, że zrozumieją to ludzie którzy siedzą dookoła w tej koszykówce kobiet, że to jest proces i potrzebujemy na to kilku lat aby wrócić ponownie na właściwe tory.

Przeszłam już kilka sztabów szkoleniowych oraz kilka myśli szkoleniowych i powiem tak, że sukces kadry narodowej dźwiga sukces dyscypliny i upowszechnia ją w kraju na czym bardzo nam zależy. Proces ten jaki się tutaj obecnie tworzy może być tym, jaki to właśnie zrobi. Mam też ogromną nadzieję, że przy naszej polskiej mentalności, jednak damy trochę więcej czasu i nadziei na to co będzie i z cierpliwością poczekamy na końcowy wynik.

siem