Gra toczyła się o spełnienie marzeń - rozmowa z Edytą Faleńczyk, koszykarką KS Basket 25 Bydgoszcz
Dodano: 22.05.2011, 23:03
W meczu finałowym Mistrzostw Polski juniorek drużyna KS Basket 25 Bydgoszcz ograła zespół VBW GTK Gdynia 84:78. Dla bydgoszczanek najwięcej punktów (23) zdobyła Edyta Faleńczyk.
Marcin Mochal: Dlaczego wybrałaś właśnie koszykówkę?
Edyta Faleńczyk: - Szczerze mówiąc - nie wiem. Zawsze byłam dość wysoka jak na swój wiek i kiedy w czwartej klasie szkoły podstawowej dowiedziałam się o naborze do drużyny, postanowiłam spróbować swoich sił. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z tym sportem.
Czy jest jakaś koszykarka lub koszykarz, będący dla Ciebie wzorem?
- Wydaje mi się, że nie jestem wpatrzona w żadną gwiazdę koszykówki. Każdy koszykarz czy koszykarka to osoba, od której mogłabym się czegoś nauczyć i każdego sportowca bardzo bardzo cenię. Jeśli chodzi o bydgoską ekstraklasową drużynę to moim numerem jeden jest Aga Szott. A co tyczy się NBA - uwielbiam grę LeBrona Jamesa.
Nie byłyście faworytkami do złota. Jakie cele zostały postawione przed drużyną przed turniejem w Gorzowie Wielkopolskim?
- Na pewno nikt na nas nie stawiał przed tymi zawodami. Słyszałam też, że niektórzy dawali nam "góra" piąte miejsce. Oczywiście, naszym podstawowym celem było dać z siebie tyle, ile tylko mamy i walczyć do końca. Trener nie wywierał na nas dużej presji. Bardzo dobrze nas zna - wiedział co powiedzieć i jak zmotywować nas przed meczami. Nie chciał „po trupach” iść do celu, podejmował mądre decyzje - na przykład w dobrych momentach dawał odpoczywać zawodniczkom - a my bardzo wierzyłyśmy w to, że zdobędziemy złoto. Jak widać - udało się! (uśmiech)
Jak smakuje złoty medal?
- Uczucie jest niesamowite!!! Cały czas mam na twarzy uśmiech, chociaż z małym niedowierzaniem, bo naprawdę do końca nie wiedziałyśmy, jak to się wszystko potoczy. Złoto jest tym, na co pracowałyśmy przez cały sezon - jest zwieńczeniem naszej ciężkiej pracy i ogromnym sukcesem całej drużyny.
Z VBW GTK Gdynia zmierzyłyście się już w grupie i zostałyście znokautowane 40:87. Nie obawiałyście się tego finału z gdyniankami?
- Jak przed każdym meczem - był stres. Wynik wcześniejszego meczu był faktycznie dość wysoki, ale nie grałyśmy wtedy na pełnych obrotach. O tamtej przegranej szybko zapomniałyśmy. Dziś wyszłyśmy pewne swoich sił i umiejętności i "na maksa" zmotywowane. Miałyśmy za sobą wiernych kibiców oraz naszą kontuzjowaną zawodniczkę, Darię Rudzińską, której zadedykowałyśmy to złoto.
Jakie wnioski wyciągnęłyście po pierwszym zupełnie nieudanym meczu?
- Wnioski… Nie było czasu na dokładniejsze analizowanie meczów. Wiedziałyśmy, że jeśli chcemy walczyć o finał to musimy wziąć się w garść, nie bać się, grać swoje i oczywiście trafiać rzuty wolne, a także zbierać więcej piłek.
Jak „z perspektywy parkietu” wyglądał mecz finałowy?
- Mecz finałowy z perspektywy boiska nie był na pewno tak emocjonujący jak półfinałowy. Myślę, że gdynianki grały pod dużą presją, my zaś nieco spokojniej. Oczywiście nerwy były, głupie faule, niecelne wolne, niecelne rzuty spod samego kosza, ale podczas każdej przerwy na żądanie kiedy wynik był niekorzystny motywowałyśmy się nawzajem. W końcu gra toczyła się o spełnienie marzeń. Najgorsze - a zarazem najlepsze - były ostatnie dwie minuty spotkania, kiedy już byłyśmy tak blisko celu, a miałyśmy tak niewiele siły… Zmęczenie było jednak obustronne i mimo wszystko nie dałyśmy odebrać sobie przewagi.
W meczu półfinałowym awans do finału wisiał jednak "na włosku"...
- Mecz z MUKS-em to było czyste szaleństwo… Zwłaszcza jego końcówka, kiedy zaczęły się głupie straty, później faule pod koszem. Ja oraz Karina Szybała zeszłyśmy za pięć fauli. Jedyne co robiłam na ławce to modliłam się o zwycięstwo i oczywiście krzyczałam ze wszystkich sił! Mecz półfinałowy był naprawdę jednym z cięższych, jakie dotąd grałyśmy - czterdzieści minut pełnego skupienia i walki. Pokazałyśmy jednak, że mamy zawodniczki, które się nie boją i które grają do końca, a w ostanich sekundach celny "wjazd" pod kosz Jagody Bandoch dał nam awans do finału. Myślę, że to było najważniejsze zwycięstwo!
Jakie są Twoje koszykarskie plany na przyszłość?
- Na pewno nadal będę ciężko trenować. Jedyne czego jestem pewna w stu procentach to tego, że kocham to co robię i że chcę się rozwijać. Mam wspaniałą drużynę, z którą jeszcze nie raz pokażemy na co nas stać. Mam też nadzieję, że w przyszłości każda z nas będzie podbijać światowe parkiety! (uśmiech)
Rozmawiał Marcin Mochal
/KoszykowkaKobiet.pl/
fot. MARCIN KUMOREK (http://qmmr.pl/)
<< Wracaj





Dodaj komentarz